Gra o Tron – Sezon 7 Odcinek 2 „Stormborn”

W Grze o Tron przyszedł czas na sojusze, teraz każdy argument i powiązanie – nawet to sprzed kilkudziesięciu lat – jest na wagę złota. Wielkie rody stawiają się za swoją królową: Cersei lub Daenerys. Odrębnym tematem jest północ, gdzie Jon niechętnie przyznaje się do nadanego mu tytułu króla północy. W tym odcinku doszło do pierwszej bitwy jaka miała miejsce w tym sezonie jak i pierwszej większej bitwy morskiej w serialu.

Nawiązanie do tytułu nie do końca może być trafne. Daenerys nie czuje przywiązania do tego miejsca (Smoczej skały). Nie ma żadnych wspomnień związanych z tym miejscem. Na początku podważa lojalność Varysa wypominając mu jego wcześniejsze czyny w obec Targaryenów (przejście na przeciwną stronę Roberta Baratheon).  Varysowi udaje się wybrnąć i dowieść, że będzie jej służył dla dobra ludu i prostych ludzi. Chociaż mógł użyć argumentu „uratowałem ci raz życie” ale z nie wiadomych powodów tego nie zrobił – może zapomniał w wyniku nałożonej presji przez oblicze królowej. Następnym punktem jest strategia, która przekonała sojuszników do wspólnej walki. Nic nie łączy lepiej jak wspólni wrogowie. Nasza ulubiona ‚babcia’ (Olenna Tyrell) znów zdołała dodać swoje trzy grosze dając niewielką radę nowej królowej. Warto też wspomnieć, iż sama Daenerys staje się coraz bardziej władcza. Na dodatek Melisandre przybywa na Koniec Burzy, by przywitać nową królową. Jestem ciekaw jak zareaguje John, gdy zobaczy czerwoną kapłankę, a za niedługo ma tam przybyć w odpowiedzi na kruka Matki Smoków.

 

Ciekawym wątkiem jest co jeśli Jon zostanie postawiony przed smokami. Jak odmówi ugięcia kolana to, czy wtedy spłonie w smoczym ogniu?  Widoczne jest to, że coś pchnie Jona w tym kierunku, do Daenerys. Nie tylko potrzeba smoczego szkła, sojuszników (Tyrion) ale jego woli – jakby coś mu mówiło „muszę się tam udać”. Ogólnie scena w Winterfel wydaje się być naciągana. Chorąży niby próbują zatrzymać swojego króla ale dobrze wiedzą, że nie mają na to zbyt dużego wpływu oraz jest to z strony twórców takie: on powie, że chce jechać; oni wytoczą mu argumenty przeciw; John przebije to swoimi argumentami za; wtrąci się Sansa, a John i tak pojedzie z dobrym wyjaśnieniem z jakiego powodu tak będzie. Północ zostałaby otoczona z obu stron przez wrogów jeśli by odmówił. W takim przypadku oznaczałoby to koniec i brak jakiejkolwiek nadziei, a tylko to teraz im zostało. W tym miejscu panuje obecnie duża niepewność. John przejmuje się bardziej białymi wędrowcami i nie interesuje go stolica, więc czy ugnie kolano przed prawowitą władczynią?

„Północ pamięta” to nie tylko powiedzenie. John pokazuje, że ufa Samowi, który posłał mu kruka z informacją o smoczym szkle. Bez wahania zaręczył przed wszystkimi, iż to prawda i bezgranicznie wierzy swoim bliskim. W końcu Sam był dla niego bratem jeszcze, gdy razem służyli na murze. W poprzednim odcinku pokazano nam obrzydliwą codzienność Sama i nie był to fajny widok. Widzimy z czym początkujący Maester ma do czynienia. Tutaj znów spotykają się znane nam postacie, które w serialu są dla siebie obce. Jorah Mormont dowiaduje się, że jest już dla niego za późno lecz Sam podważa te słowa mówiąc, że jest dla niego ratunek. Znów powołuje się na coś niebezpiecznego ponieważ jedynym skutkiem ubocznym tego, ze go uleczy może być to, iż sam zachoruje na  szarą łuszczyce. Czy mi się uda i nikt ich nie nakryje?

W stolicy sojusznicy słuchają królowej i w sumie żadne z nich nie odważyłby się zaprzeczyć Cersei. Wszyscy są spięci i wiedzą, że brak posłuszeństwa będzie karany śmiercią. Ale któż by nie słuchał mistrzyni kłamstw na tronie siedmiu królestw? Nikt w stolicy nie potrafi owinąć sobie w okół palca wszystkich aby utrzymać się u władzy.
Natomiast na północy wygląda to zupełnie inaczej. Jest to bardzo dobrze pokazany, ogromny kontrast między rodami stojącymi za swoim władcą. Tutaj sojusznicy są z swoim królem, wspierają go, nie boją się powiedzieć swojego zdania i chcą by to on sprawował władzę.

W tym odcinku niestety mogliśmy poczuć duży zawód. Gra o Tron ma przed sobą ostatnią prostą i każdy odcinek jest na wagę złota. Lecz jest jedno ale – wiadomo, że jak gra o tron to muszą być cycki. Jedna z scen zabrała 6 minut odcinka i nie była to dużo znacząca scena. Missandei i Szary Robak według mnie zabrali znaczący dla nas czas w tym odcinku, gdzie mógł być on wykorzystany na coś innego. Co oczywiście nie znaczy, że taki widok nie ucieszył widowni. Były także dwa zabójstwa z racji tego, że dawno nikt nie zginął. Jednak to tylko poboczne postacie, które nie miały jakiegoś istotnego wpływu na rozwój wydarzeń. Ale przejdźmy dalej.

Na koniec otrzymaliśmy coś, czego jeszcze nie było. Wielką bitwę morską. Był to duży zwrot akcji i pokazanie, że plany Daenerys nie zawsze spełniają się w 100%. Takie zwrot akcji nie jest dla nas zaskakujący – coś musiało pójść nie tak. Tu mamy kolejną uciechę dla oczu ale zostaje ona przerwana na samym wstępie. Wizualnie bitwa była bardzo dobrze i zrobiona i przedstawiona. Z jednej strony pokazano potęgę żelaznej floty i ich ludzi, a z drugiej trochę przesadnie wykreowano w tej scenie Eurona Greyjoy. Mimo wielu ran (zadanych od bękarcic) na samym końcu nadal stał na nogach. Tu Theon został postawiony przed trudną sytuacją. Miał do wyboru zginąć razem z siostrą próbując ją ratować (na co nie miał szans, bo odnieśli miażdżącą porażkę) lub się ratować. Wybrał to drugie skacząc do wody i to nie był akt ucieczki lub desperacji tylko zdrowego rozsądku, ponieważ nie miał innego wyboru. Obecnie nie wiadomo (do trzeciego odcinka) czy Yara Greyjoy, Ellaria Sand i jej córka przeżyją – może im się uda, co by było dziwne i mało prawdopodobne.

Rozwój wydarzeń tego sezonu od samego początku jest niesamowity. Twórcy dają nam od samego początku dużo emocji i wiele nowych rzeczy, które pobudzają w nas emocje. Także oprawa muzyczna jak i efekty znacznie się poprawiły (albo ja po prostu za tym aż tak tęskniłem). Dziękuję za uwagę.

 

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*